Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2011

Pełnia szczęścia

Niektórzy ludzie potrafią być szczęśliwi bez względu na okoliczności.

Co sprawia, że żyjący w biedzie, dotknięci inwalidztwem czy odrzuceni przez innych mimo wszystko potrafią cieszyć się życiem? Jakie są uwarunkowania subiektywnego szczęścia? Jedno z podejść badawczych zakłada, że można je osiągać dzięki zdolności do refleksji, poszukiwania wartości, pielęgnowania cnót.

W takim nurcie Maria Jarymowicz i Dorota Jasielska z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego badały zależności pomiędzy oceną znaczenia wyodrębnionych przez siebie kategorii emocji jako wyznaczników ludzkiego szczęścia a stopniem deklarowanego poczucia szczęścia.

Do pierwszej grupy zaliczone zostały emocje o genezie automatycznej, które zależą od wrażliwości danej osoby na różne bodźce oraz od stosunku do włas­nych doznań; do drugiej – emocje o genezie refleksyjnej, które są bardziej subiektywne, bo zależą od świadomego wyboru określonych wartości i cnót. Emocje o genezie automatycznej mogą mieć charakter homeostatyczny lub hedonistyczny, natomiast emocje o genezie refleksyjnej mogą być związane z realizacją standardów >ja< lub z pojmowaniem dobra. Autorki zakładają, że tak zwana pełnia szczęścia może być osiąg­nięta dzięki zdolności do doświadczania obu typów emocji.

Z badania wynika, że osoby deklarujące wyższy poziom szczęścia wskazują na oba typy emocji, podczas gdy badani deklarujący jego niższy poziom jako główne źródło wskazują tylko emocje automatyczne. Potwierdza to hipotezę badawczą zakładającą, że docenianie różnorodnych źródeł emocji pozytywnych przybliża stany, które można nazwać poczuciem pełni szczęścia.

Wyniki badania opublikowano w „Czasopiśmie Psychologicznym” (2011, t. 17, nr 1, s. 87–95). 
Źródło: http://www.charaktery.eu/

środa, 12 października 2011

Mózg jest optymistą

Około 80 proc. ludzi jest optymistycznie nastawiona do świata, choć nie wszyscy by tak o sobie powiedzieli. Mózgi tych ludzi intensywniej pracują, przyswajając pozytywną informację niż negatywną. Dobre wieści traktują też bardziej serio - pisze BBC 

Dr Tali Sharot z University College London, główna autorka opublikowanych w piśmie Nature Neuroscience badań podaje przykład: badany optymista szacuje, że ma 10 proc. ryzyka, że zachoruje na raka. Pesymista oblicza ryzyko na 40 proc. Następnie dowiadują się od prowadzącego eksperyment, że prawda jest taka, że ryzyko jest na poziomie 30 proc. Po pewnym czasie znów odpowiadają na to samo pytanie. Pesymista szacuje swoje ryzyko na 31 proc., optymista - tylko nieznacznie powyżej 10 proc.

Choć zagrożenie chorobą jest u nich takie samo i oboje usłyszeli tę informację, nadal żyją w innym świecie.

Naukowcy badali u 14 osób pracę mózgu wynikającą z bardziej lub mniej optymistycznego nastawienia do życia przy użyciu skanera mózgu. Badacze są zgodni, że dobre podejście do życia znacząco wpływa na nasze zdrowie, w swojej pracy przywołują m. in. badania robione na ok. 100 tys. kobiet świadczące o tym, że optymistki o wiele rzadziej chorują na serce.

Jest jednak jedno "ale": niepoprawni optymiści czasem nie doszacowują ryzyka. Jeśli lubią palić - palą, bo przecież i tak oni nie zachorują na raka.

Lepiej widzieć szklankę do połowy pustą czy do połowy pełną?



Źródło: Gazeta Wyborcza

sobota, 11 czerwca 2011

Szczęście po polsku

Nie przestajemy narzekać, ale z roku na rok jesteśmy coraz bardziej zadowoleni z życia.

Pogoda jak zwykle zawodzi, mój szef to idiota, wszyscy myślą tylko o sobie (i tylko ja myślę o mnie). W krzyżu łamie, pieniędzy mało, a rząd nic nie robi, aby temu zaradzić. Ogólnie jestem szczęśliwy – tak mogłaby brzmieć odpowiedź Polaka na pytanie, jak się ma. Bo szczęście po polsku to szczęście na przekór.

Na przekór kulturze

Polska znajduje się na 58. miejscu wśród 149 państw ujętych w Światowej Bazie Szczęścia (World Database of Happiness) opracowanej przez Ruuta Veenhovena z Uniwersytetu Erasmusa w Rotterdamie. W dodatku z roku na rok jesteśmy coraz bardziej zadowoleni z życia – w porównaniu z 1988 rokiem liczba Polaków uważających się za szczęśliwych wzrosła dwukrotnie (do 33 proc.), a ogólną satysfakcję życiową deklaruje 70 proc. z nas – podaje CBOS. Mimo to wciąż niezmiennie narzekamy. 61 proc. Polaków często lub bardzo często rozmawia o wysokich cenach, 56 proc. o chamstwie, a 47 proc. o nieudolności polityków – wynika z badań Bogdana Wojciszke ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej i Wiesława Baryły z Uniwersytetu Gdańskiego. Choć taka postawa może być niezrozumiała dla przedstawicieli kultury amerykańskiej, narzucającej poczucie szczęśliwości lub przynajmniej deklarowanie szczęścia, to my świetnie odnajdujemy się w zbiorowych seansach biadolenia. To zjawisko nazwano polską normą negatywności.

Amerykanie celebrują Święto Dziękczynienia, a we współczesnej angielszczyźnie słowo "sad" oznacza nie tylko smutny, ale także nieudolny, nudny, niemodny. My świętujemy nieudane powstania, a osoby patetyczne uznajemy za wiarygodne i poważne. Oczywiście fakt, że żyjemy w takiej kulturze, to doskonały powód do narzekania. Tymczasem kultura polska i amerykańska są w gruncie rzeczy tak samo niedorzeczne. Badania Dariusza Dolińskiego z SWPS wykazały, że polscy studenci najczęściej czują się gorzej niż zwykle. Amerykańscy z kolei mają lepsze samopoczucie niż zwykle – dowiodły badania Winifreda Benta Johnsona. Logiczne jest, że te deklaracje są naznaczone normami kulturowymi, nie mogą realnie oddawać rzeczywistości.

Wbrew pozorom kultura narzekania ma zalety. Narzekanie pomaga pozbyć się nieprzyjemnych emocji, bywa napędem do wprowadzenia zmian, porządkuje świat. Pozwala także zachować dobrą opinię o sobie: utyskując na skorumpowanych egzaminatorów, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność za oblany egzamin na prawo jazdy, a wredny szef i głupi politycy to jedyne powody naszych problemów finansowych. Biadolenie jest także elementem tworzącym naszą tożsamość i poczucie wspólnoty. „Narzekacz może być pewien, że jego zachowanie zostanie ocenione jako adekwatne i stosowne, a co więcej, będzie uchodził za mądrzejszego od tych, którzy mówią dobrze o świecie” – piszą Wojciszke i Baryła w książce „Jak Polacy przegrywają, jak Polacy wygrywają”. Narzekanie, wbrew wynikom wielu amerykańskich badań, przyczynia się do naszego dobrego samopoczucia.

Na przekór autorytetom

„Człowiek idzie poprzez swoje ziemskie życie w taki lub inny sposób drogą cierpienia” – pisał Jan Paweł II. „Naprawdę szczęśliwe są tylko dzieci do ukończenia czwartego roku życia, dopóki nie staną się bardziej świadome” – twierdził Leszek Kołakowski. Podmiotem lirycznym najpiękniejszych wierszy i piosenek jest nieszczęśliwie zakochany romantyk. Mimo że szanujemy autorytety i od lat solowo, w duetach i chórkach nawołujemy, aby dziewczyna spojrzała wreszcie na nieszczęśliwego białego misia i nie żałowała tej ostatniej niedzieli, bo „dzisiaj się rozejdziemy na wieczny czas”, to na co dzień nie bierzemy sobie tego do serca.

Jak tłumaczyć fakt, że najwięksi polscy myśliciele postrzegają życie jako drogę przez mękę, a jak pisał Kołakowski, „prawie cała literatura, prawie cała poezja, prawie cała sztuka wyrosły z ludzkiego bólu; w niebie chyba sztuki nie ma”? Jednej z odpowiedzi mogą udzielić dziennikarze – odbiorców mediów dużo trudniej zainteresować radosnymi informacjami. Nasze atawistyczne skłonności do wyłapywania informacji o potencjalnych niebezpieczeństwach powodują, że wiadomości o tym, iż świat jest piękny, a ludzie szczęśliwi, puszczamy mimo uszu. Aby przykuć uwagę odbiorców, trzeba wywołać w nich niepokój. To dlatego rekordowe nakłady mają gazety wydawane po tragediach – ataku na WTC, śmierci papieża, katastrofie w Smoleńsku. Czytelnicy potrzebują informacji, wyjaśnienia tragedii, pomocy w odbudowaniu świata, który zadrżał w posadach. Wtedy przydają się światłe rady i złote myśli uczonych. Ponadto filozofia, czyli refleksja nad rzeczywistością, nigdy nie rozwinęłaby się w wielką naukę, gdyby konkluzja brzmiała „świat jest OK i nie ma już nic do zrobienia”. „(...) Intelektualiści pokroju Schopenhauera muszą zapewnić sobie niszę w polu kulturowym, a przecież nie wysnują żadnych ciekawych wniosków, wychodząc z przesłanki, że wszystko jest w zasadzie w najlepszym porządku” – pisze Daniel Nettle w książce „Szczęście sposobem naukowym wyłożone”. Dodaje, że większość intelektualistów wywodzi się z najbardziej skłonnej do przemyśleń, samotności i poczucia nieszczęścia grupy społeczeństwa, czyli spośród neurotyków. Pozostali mogą się zająć spokojną egzystencją, pozbawioną codziennych wiwisekcji i analiz światowych konfliktów, ale za to beztroską.

Na przekór badaniom

Polacy są szczęśliwi, nic sobie nie robiąc z badań, według których nie mają do tego żadnych podstaw ani nawet predyspozycji. Zgodnie z zachodnimi badaniami osoby, które chcą być szczęśliwe, powinny być optymistami, wierzyć w świetlaną przyszłość, ufać innym i mieć poczucie kontroli nad własnym życiem. Tymczasem z polskiej Diagnozy Społecznej wynika, że w Polsce występuje tzw. pesymizm ekspansywny, czyli przekonanie, że los uśmiechnie się raczej do innych niż do nas. 80–90 proc. z nas twierdzi, że na ogół nie można ufać innym. Coraz mniej Polaków jest zdania, że mogą wpływać na to, jak potoczą się ich losy. Być może taka postawa ma nas chronić przed rozczarowaniami. Może szczególnie uważnie przerabialiśmy dzieła Bolesława Prusa, który radził: „Nie myśl o szczęściu. Nie przyjdzie – nie zrobi zawodu; przyjdzie – zrobi niespodziankę”. Inna korzyść, jaką możemy czerpać z faktu, że większość z nas nie wierzy, iż przydarzy im się coś dobrego, jest związana z grami liczbowymi. W USA w różnych zakładach obstawia ponad 60 proc. dorosłych, w Polsce taką szansę losowi daje nie więcej niż 40 proc. osób. Dzięki temu w Polsce jest znacznie mniejsze prawdopodobieństwo, że w wypadku wygranej będziemy musieli się z kimś podzielić.

W niemieckich badaniach, w których wzięło udział 24 tys. osób, wykazano, że małżeństwo zwiększa zadowolenie z życia, ale już po dwóch latach satysfakcja wraca do poziomu wyjściowego. Brytyjczycy wyliczyli nawet, że ślub można zastąpić pieniędzmi. Małżeństwo w takim samym stopniu i na tak samo długi czas zwiększa szczęśliwość jak 72 tys. funtów – podaje Liz Hoggard w książce „Jak być szczęśliwym”. W Polsce małżeństwo bardziej się ceni – żonaci i mężatki są najbardziej zadowoloną z życia grupą społeczną, niezależnie od tego, ile lat upłynęło od ślubu i jaki jest ich status materialny. Nie znajdują u nas potwierdzenia głośne niedawno badania Centre for Disease Control and Prevention, według których najszczęśliwsi są ludzie najstarsi. W Polsce za najszczęśliwszych uważają się ludzie w wieku 18–34 lat.

Przekora Polaków nie zna granic. W kraju nad Wisłą nie sprawdza się nawet jedna z najlepiej udokumentowanych teorii naukowych – teoria perspektywy, za którą Daniel Kahneman, jeden z jej twórców, otrzymał Nagrodę Nobla. Zgodnie z tą koncepcją ludzie są skłonni do podejmowania ryzyka, żeby odrobić poniesioną stratę, natomiast unikają ryzyka, które ma na celu powiększyć już zdobyte zyski. Tymczasem Polacy unikają ryzyka zarówno w warunkach straty (79 proc.), jak i zysków (76 proc.) – wynika z badań prof. Janusza Czapińskiego.  Być może jest to związane z faktem, że znacznie mniejszy odsetek Polaków niż na przykład Amerykanów wierzy w możliwość odniesienia życiowego sukcesu, więc wolimy nie podejmować żadnego ryzyka. Ale ta nasza narodowa cecha szczególna ma także zalety: chroni nas przed niebezpieczeństwem, że coś zaburzy nasz dobrostan. „Niewykluczone, że dzięki temu jesteśmy bardziej odporni na uzależnienie od hazardu (…) W Polsce nie ma też tradycji »hazardowych« zagrań władzy, prowadzących do eskalacji kryzysów (…)” – pisze Czapiński w książce „Jak Polacy przegrywają, jak Polacy wygrywają”.

Na przekór sobie

Niestety podobnie jak inne narody mamy tendencję do koncentrowania wysiłków na tych aspektach życia, które nie wspierają naszego dobrostanu. Najwięcej satysfakcji czerpiemy z relacji z innymi – rodziną, przyjaciółmi. „Najważniejszy czynnik decydujący o tym, że nie jesteśmy szczęśliwi, to samotność. Kiedy nie mamy ludzi, z którymi możemy dzielić radości i smutki, znacznie trudniej jest cieszyć się życiem i radzić sobie z porażkami” – mówi Dorota Jasielska z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Ale na pytanie IPSOS o to, co najbardziej uszczęśliwiłoby nas w nadchodzącym roku, najwięcej osób (44 proc.) odpowiedziało: pieniądze. Miłość wskazał jedynie co ósmy respondent.

Badania CBOS wykazały, że w poprawę sytuacji materialnej inwestujemy najwięcej energii. W dodatku największa grupa deklarująca, że ich cele są związane z finansami, to ludzie najlepiej sytuowani. Ciekawą ilustracją dystansu, a nawet niechęci klasy średniej i niższej do dużych pieniędzy jest historia Ryśka z Wydmin, który wygrał w lotto 13,3 mln zł. „Tutaj ludzie nie wiedzą, co zrobić z większym spadkiem, a co dopiero z taką fortuną. Idzie się załamać z taką wygraną” – mówił kolega Ryśka Jerzemu Ziemackiemu z tygodnika „Wprost”. „Tak olbrzymia wygrana to nieszczęście” – dodała Monika Łapicka-Gij, wójt gminy. Takie pieniądze budzą zazdrość, znacznie utrudniają tworzenie i utrzymanie dobrych relacji z rodziną i znajomymi, zmniejszają poczucie bezpieczeństwa – prawdziwe warunki szczęścia.

Większości z nas wydaje się jednak, że to pieniądze uczynią nas szczęśliwszymi. Mamy rację – wydaje nam się. „Większe mieszkanie, wymarzony samochód, luksusowe wakacje poprawią nasz nastrój, ale tylko na chwilę. Nasze niesamowite zdolności adaptacyjne sprawiają, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do zmiany na lepsze. Zatem żadne z działań, które koncentruje się wyłącznie na poprawie sytuacji, nie podniesie trwale poziomu szczęścia” – wyjaśnia Jasielska. Najbogatsi Amerykanie z listy „Forbesa” i pasterze z plemienia Masajów deklarują ten sam poziom zadowolenia z życia. Gonitwa za pieniędzmi oddala od szczęścia. Stawiany nam przez niektórych za wzór amerykański model wielokrotnego przeprowadzania się, aby zdobyć lepiej płatną pracę, znacznie zmniejsza poczucie szczęśliwości tych mobilnych „ludzi sukcesu” – pisze ekonomista Richard Layard w książce „Happiness: Lessons from a New Science”. „Ludzie są tak zajęci chceniem różnych rzeczy, że zapominają o tym, co sprawia im przyjemność” – pisze Daniel Nettle.

Recepta na szczęście

Coraz więcej z nas wyciąga jednak wnioski z badań dowodzących, że prawdziwą radość dają dobre relacje z innymi. W dodatku coraz częściej w tych relacjach chcemy robić coś dobrego dla innych. „Prowadząc badania nad szczęściem Polaków, zauważyłam, że jako warunki szczęścia pojawiły się działania na rzecz innych: dawanie szczęścia innym, cieszenie się ich szczęściem. Jak pokazują badania, umiejętność wyjścia poza swoje potrzeby, skupienie na pomaganiu innym jest cennym źródłem poczucia szczęścia” – mówi Dorota Jasielska. Liczba osób zajmujących się wolontariatem rzeczywiście rośnie. W 2001 r. bezinteresownie na rzecz innych pracowało 10 proc. z nas, a w 2010 r. już 16 proc. – podaje stowarzyszenie Klon/Jawor. Szczęście daje nam też pokonywanie problemów. „W moich badaniach pojawiły się odpowiedzi, że źródłem szczęścia są dla niektórych sukcesy w pokonywaniu przeciwności losu. Stwierdzenie Nietzschego, że »co nas nie zabije, to wzmocni«, sprawdza się w wypadku wielu osób” – dodaje Jasielska.

Na czym jeszcze warto się skupić? „Najskuteczniejsze metody pozwalające nam poczuć się szczęśliwymi to ćwiczenie czerpania radości z życia, wyrażanie wdzięczności, ćwiczenie optymizmu, robienie tego, co nas naprawdę wciąga, realizowanie celów z zaangażowaniem. Badacze stworzyli także listę sześciu cnót, czyli właściwości, które sprawiają, że postrzegamy życie jako bardziej wartościowe i szczęśliwe. Te cnoty to mądrość, odwaga, człowieczeństwo, sprawiedliwość, wstrzemięźliwość i transcendencja” – mówi Dorota Jasielska.

Listę najszczęśliwszych państw otwierają Kostaryka, Dania, Islandia, Szwajcaria, Finlandia i Meksyk. Stany Zjednoczone zajęły 21. miejsce. Za najbardziej nieszczęśliwych uważają się mieszkańcy krajów Afryki: Zimbabwe, Burundi, Tanzanii i Togo. My jesteśmy tak samo szczęśliwi jak postrzegani jako szczególnie poszkodowani przez los Chińczycy, ale także podobnie jak bogaci Japończycy czy uznawani za uosobienie szczęścia Tajowie i Indonezyjczycy. Nie warto szukać argumentów na to, że innym żyje się lepiej. Lepiej pójść za wskazówką Anthony'ego de Mello: „W życiu nie ma takiej chwili, abyśmy nie mieli wszystkiego, co potrzebne, aby czuć się szczęśliwymi. Pomyśl o tym (...). Jeśli jesteś nieszczęśliwy, to dlatego, że cały czas myślisz raczej o tym, czego nie masz, zamiast koncentrować się na tym, co masz w danej chwili”.  


                                                                                                                                                                    

Ministerstwo Szczęścia


Celem polityki rządu Bhutanu nie jest zwiększanie produktu narodowego brutto, lecz szczęścia narodowego brutto. Liczne badania naukowe pozwalają także rządom innych krajów opracować politykę społeczną, której wprowadzenie spowoduje awans państwa na liście najszczęśliwszych na świecie.


1. W wiadomościach warto mówić o przykrych wydarzeniach z przeszłości i przyjemnych współczesnych – to ograniczy tendencję społeczeństwa do idealizowania przeszłości i niedoceniania teraźniejszości.


2. Status społeczny ludzi żyjących na danym terenie powinien być wyrównany. Pieniądze szczęścia nie dają, ale podwyżka może poprawić nam nastrój. Niestety tylko do momentu, kiedy dowiemy się, że pensja innego pracownika została podniesiona jeszcze bardziej.


3. Warto przeprowadzić kampanię społeczną, nawołującą do tego, aby kryterium sukcesu osobistego było osiągnięcie „dobrej”, a nie „lepszej” pensji, pozycji społecznej, sylwetki, stworzenie „dobrej” rodziny itp. Rywalizacja, porównywanie się z innymi utrudniają osiągnięcie szczęścia.


4. W dniu badania poczucia szczęśliwości warto rozrzucić w okolicy miejsca przeprowadzania ankiet mnóstwo drobnych monet. Dowiedziono, że znalezienie monety przed badaniem przekłada się na deklarowanie poczucia zadowolenia z całego życia. Tego zabiegu nie należy nadużywać, bo przewidywalny fart przestaje cieszyć.

                                                                                                                                                                   

Autor artyułu: Monika Maciejewska
Źródło: http://www.focus.pl/cywilizacja/zobacz/publikacje/szczescie-po-polsku/

czwartek, 19 maja 2011

Piętno urodzenia


Najstarsze dziecko w rodzinie to ambitny przywódca, średnie – świetny dyplomata, a najmłodsze – niepokorny ryzykant, twierdzą psycholodzy. Czy można im wierzyć?

Czy kolejność, w jakiej przychodzimy na świat w rodzinie, może mieć wpływ na to, jacy jesteśmy? Najnowsze badania naukowe dowodzą, że tak. Tyle że wbrew powszechnemu przekonaniu pierworodni wcale nie mają łatwiejszego życia niż młodsze rodzeństwo. Wykazano co prawda, że osoby, które przyszły na świat jako pierwsze dziecko, częściej odnoszą sukcesy, ale płacą za to dosyć wysoką cenę. Są znacznie mniej ufne, niechętne do pomocy i jej odwzajemniania.

WALKA O MIŁOŚĆ

Alexandre Courtiol z Institute of Evolutionary Science w Montpellier przeprowadził doświadczenie z udziałem 510 studentów, których podzielił na dwie grupy. Każdy uczestnik badania otrzymał 30 monet i zapewnienie, że to, co zostanie mu na koniec eksperymentu, zostanie zamienione na prawdziwe pieniądze. Członkowie grupy A mogli przekazywać dowolną sumę członkom grupy B, wiedząc, że to, co podarują, zostanie potrojone przez prowadzących. Potem uczestnicy z grupy B mogli oddawać członkom grupy A pieniądze według własnego uznania. Pierworodni dawali średnio o 25 proc. mniej pieniędzy niż osoby urodzone jako kolejne dzieci. Nawet jedynacy okazali się bardziej hojni i skłonni do współpracy niż pierworodni! Naukowcy wyjaśniają to zjawisko na dwa sposoby.

Jedni zwracają uwagę na to, że we współpracę z innymi możemy zainwestować ograniczoną ilość energii. A ponieważ pierworodni koncentrują się na rodzinie, są mniej skłonni do współpracy poza nią. Według innej teorii, ograniczona chęć pierworodnych do dzielenia się z innymi wynika z tego, że odkąd na świecie pojawiło się młodsze rodzeństwo, muszą walczyć o uwagę rodziców i za wszelką cenę usiłują utrzymać początkowy monopol na rodzicielską opiekę. Prof. Frank Sulloway z University of California uważa, że ta rywalizacja o uwagę rodziców i status w rodzinie jest jedną z głównych sił napędowych rozwoju osobowości. To dlatego dzieci, które przyszły na świat pierwsze w rodzinie, są ambitne i przebojowe. Badania przebiegu kariery dowodzą, że pierworodni zajmują 43 proc. kierowniczych stanowisk. Tylko 23 proc. szefów to najmłodsi w rodzinie. Urodzeni jako pierwsi wybierają zawody, w których są samodzielni lub mogą zająć pozycję lidera. Mają dużą potrzebę osiągnięć, bo od urodzenia byli przyzwyczajani do zwycięstw. Niechętnie też idą na ustępstwa: robią to, co sami uznają za słuszne, i mają ogromną potrzebę dominacji. W nakreślony przez naukowców profil pierworodnych wpisują się Bill Clinton (który ma młodszego brata) i Richard Branson, twórca Virgin Group, najstarszy z trójki rodzeństwa.

BUNTOWNIK I NEGOCJATOR

Naukowcy badający wpływ kolejności urodzeń na osobowość biorą pod lupę nie tylko pierworodnych. Michael Grose w książce „Why First-borns Rule the World and Lastborns Want to Change It" (Dlaczego pierworodni rządzą światem, a najmłodsi chcą go zmieniać) twierdzi, że każde dziecko w zależności od tego, czy i jakie ma rodzeństwo, rozwija umiejętności, które ułatwiają mu radzenie sobie w życiu. Zdaniem Grose'a, urodzeni w środku to na ogół indywidualiści i świetni dyplomaci, bo nieustannie muszą prowadzić negocjacje ze starszym i młodszym rodzeństwem. Ich miejsce w rodzinie nie jest jasno określone: nie mają prawa do przywilejów związanych z byciem najstarszym i nie są tak rozpieszczani jak najmłodsi. Dzięki temu lepiej niż pierworodni radzą sobie z nawiązywaniem kontaktów. Świetnie sprawdzają się w polityce i dyplomacji, tak jak Tony Blair czy George Bush senior. Są sprawni w negocjacjach, bo tę umiejętność ukształtowała konieczność pokojowego współżycia i ze starszym, i z młodszym rodzeństwem.

Sulloway zauważył też, że większość osób urodzonych w środku to indywidualiści, bo silniej niż najmłodsi i najstarsi musieli zwracać na siebie uwagę.

Z kolei najmłodsi z trudem podporządkowują się zasadom. W efekcie częściej niż inni wchodzą w konflikt z prawem. Skłonność do łamania prawa potęguje ich utrwalona w dzieciństwie buntowniczość. W rodzinie długo nikt nie traktuje najmłodszych poważnie, więc buntują się przeciw rzeczywistości i chcą ją zmienić, jak Joanna d’Arc czy Karol Darwin. Mają skłonność do lekceważenia ryzyka, nierzadko popadając przez to w kłopoty. Nie zdradzają takiej chęci rywalizacji jak pierworodni i bywają leniwi, bo w rodzinie uchodzili za „małych i bezradnych". Z reguły rodzice nie byli wobec nich wymagający, co powoduje, że nie mają dobrze rozwiniętej samokontroli. Dlatego kiedy coś nie układa się po ich myśli, łatwo wpadają w uzależnienia i chorują na depresję. Sukcesy odnoszą dzięki kreatywności. Świetnie sprawdzają się w zawodach artystycznych, czego przykładem są choćby Cameron Diaz, Jim Carrey czy Billy Crystal.

PRZYWILEJ DZIEDZICA

Kolejność urodzeń wpływa na osobowość przede wszystkim dlatego, że rodzice inaczej traktują każde z dzieci – twierdzą Curtis Dunkel, Collin Harbke i Dennis Papini z Western Illinois University. Ich pogląd jest zgodny z teorią Karola Darwina, który uważał, że relacje między rodzeństwem określa rywalizacja o przetrwanie. Zwierzęta wykształcają ostre pazury i zęby, by wyeliminować spokrewnionych konkurentów, a ludzie tworzą strategie rywalizacji z rodzeństwem o zasoby rodziców. Teorię tę rozwinął Francis Galton, kuzyn Darwina, pionier badań nad relacjami między rodzeństwem. Uważał, że starsi bracia zbyt często zajmują poważniejsze stanowiska niż młodsi, by było to dziełem przypadku. Swój pogląd uzasadniał na trzy sposoby. Po pierwsze, pierworodni są traktowani przez rodziców jak mali dorośli i dlatego szybciej dojrzewają. Po drugie, dziedziczą fortunę i stać ich na lepsze wykształcenie niż rodzeństwo, a po trzecie, mają najlepszy dostęp do pożywienia i zasobów rodziców.

Tezę XIX-wiecznych badaczy podtrzymuje Judith Harris, autorka książki „Geny czy wychowanie?”. Jej zdaniem, opinia, że pierworodni mają najlepiej w życiu, wynika przede wszystkim z tego, że dawniej rodzice edukowali jedynie najstarszego. Aż do XIX stulecia niemal połowa dzieci nie dożywała wieku młodzieńczego. Ci, którym udało się przeżyć, zawdzięczali to przede wszystkim opiece rodzicielskiej, a inwestowanie w najstarsze dziecko rodzice uważali za najkorzystniejsze. Najstarsi odnosili więc największe sukcesy nie tyle – lub nie tylko – dzięki cechom osobowości, ile z powodu wyznaczonego przez tradycję nakazu dziedziczenia. Prawdopodobnie dlatego aż 16 spośród 44 prezydentów USA było pierworodnymi synami lub jedynakami.

Judith Harris sprzeciwia się szufladkowaniu osobowości ludzi na podstawie kolejności narodzin. Jej zdaniem, dzieci w rodzinie rzeczywiście zachowują się zgodnie z opisem Grose'a, ale tylko wówczas, kiedy przebywają w towarzystwie rodzeństwa i rodziców. W szkole czy na podwórku porzucają domowe strategie zachowań. „Nawet jeśli dziecko zamierza się posługiwać w środowisku rówieśników wzorami zachowań wyniesionymi z domu, szybko dowiaduje się, że nie mają one zastosowania, bo na podwórku jest więcej pierworodnych, których postawy zderzają się z sobą” – mówi badaczka. Prof. David Myers, psycholog społeczny z Hope College w Michigan, wykazał, że nawet niewielka zmiana środowiska, w którym funkcjonujemy, znacząco wpływa na nasze zachowanie. Podczas jego badań studenci, którzy na zajęciach o ósmej rano nie zabierali głosu i byli zamknięci w sobie, po południu stawali się ekstrawertykami. Pozostaje pytanie, czy właśnie taka zmienność zachowań nie została ukształtowana w relacjach rodzinnych.

TERAPIA RODZINNA

„Ludzie powszechnie wierzą we wpływ kolejności urodzeń na sytuację życiową, bo porównują z sobą swoje dzieci. Tak utrwala się ich przekonanie, które następnie silnie wpływa na to, jak postrzegają ich zachowanie. Wszyscy mamy tendencję do zauważania i przyjmowania tych argumentów, które są zgodne z naszymi przekonaniami” – wyjaśnia prof. Harris. Jej zdaniem, to zjawisko nie omija także naukowców. Najmocniej we wpływ kolejności urodzeń wierzą psychoterapeuci, głównie z powodu teorii Freuda głoszącej, że nasze problemy wynikają ze złych relacji z innymi w dzieciństwie. „Psychoterapeuci utwierdzają swoich pacjentów w przekonaniu, że przyczyną ich problemów w życiu dorosłym są relacje z dzieciństwa, choć takie podejście daje mierny efekt terapeutyczny” – przekonuje prof. Alan Stone, psycholog z Harvard University. Przyznaje, że odszedł od modelu rekonstruowania dzieciństwa, który był popularny, kiedy zaczynał karierę. „Znacznie lepszy efekt terapeutyczny daje refleksja nad aktualnym życiem, praca nad rozwiązywaniem bieżących problemów pacjentów i opracowywanie strategii działania tu i teraz” – mówi Stone.

Powszechne przekonania trudno jest jednak zmienić, a perspektywa, że jeden łatwy do zmierzenia czynnik odpowiada za nasze losy, jest bardzo kusząca. Prof. Ginger Moore z Pennsylvania State University zauważyła, że autorzy wielu badań pokazujących związek między kolejnością narodzin a osobowością, prowadząc i podsumowując eksperymenty, nie zadbali o izolację tego czynnika od innych okoliczności oddziałujących na to, jacy jesteśmy.

Źródło: http://www.focus.pl/nauka/zobacz/publikacje/pietno-urodzenia/nc/1/


środa, 27 kwietnia 2011

Optymizm na życie

Optymiści żyją dłużej. Zespół duńskich naukowców przez 10 lat śledził losy prawie tysiąca Duńczyków w wieku 65-85 lat. Zbadano ich poziom optymizmu i podzielono na cztery grupy.

Osoby z najwyższym poziomem optymizmu miały aż o 45% więcej szans, że nie umrą w trakcie całego badania. W trakcie trwania eksperymentu zmarło 397 osób - 56,5% osób z grupy o najmniejszym stopniu optymizmu i 30,4% spośród największych optymistów. Optymizm najczęściej chronił przed śmiercią z powodów niewydolności układu krążenia.

Pozostaje odpowiedź na pytanie: Czy bycie pesymistą przyczynia się do pogorszenia stanu zdrowia, czy może zły stan zdrowia powoduje, że człowiek staje się pesymistą?


źródło: New York Times. www.nyt.com


poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Empatia albo władza

Najlepiej można zrozumieć innych, wczuwając się w ich sytuację, przyjmując ich sposób myślenia. Na tym m.in. polega empatia. Jednak jak dowodzą jedne z najnowszych badań - samo posiadanie władzy powoduje, że nagle przestajemy zauważać potrzeby innych ludzi.




Adam Galinsky z Uniwersytetu Northwestern przeprowadził pomysłowy eksperyment. Poprosił uczestników badania, by napisali na czole dużą literę E. Jeśli była napisana z perspektywy badanego, a więc odwrócona dla innych, to oznaczało, że piszącego nie interesowały potrzeby innych osób. Natomiast gdy litera była zwrócona w stronę patrzącego - piszący pomyślał o tych, którzy będą chcieli ją przeczytać. 

Okazało się, że uczestnicy badania, którzy losowo zostali włączeniu do grupy osób "o dużej władzy", pisali na czole literę nieczytelną dla innych prawie trzy razy częściej, niż przydzieleni do grupy o niewielkiej władzy.

Źródło: www.eurekalert.org

wtorek, 25 stycznia 2011

Do szczęścia potrzebne cierpienie

Nauka o szczęściu, dynamiczne rozwijająca się dyscyplina naukowa, wzbogaciła się o interesujące odkrycie. Jak donosi w Journal of Personality and Social Psychology badacz z University of Virginia, Shigehiro Oishi, ludzie, którzy doświadczają systematycznie znacznie większej liczby pozytywnych niż negatywnych doznań, są w niebezpieczeństwie - nowe szczęśliwe wydarzenia dostarczają im coraz mniej satysfakcji, natomiast nawet niewielką przeciwność losu odebrać mogą jako życiową klęskę. 

Innymi słowy, zawsze przydaje się trochę nieszczęścia w szczęściu.


Źródło: Charaktery, grudzień 2007