Gdy jesienią będziesz się przyglądał dzikim gęsiom lecącym na południe w swoistej formacji o kształcie litery „V”, zastanów się chwilę nad tym, dlaczego lecą w tym szyku. Z każdym uderzeniem swoich skrzydeł, gęś tworzy pęd powietrza unoszący ptaka, który bezpośrednio za nią leci. Lecąc w formacji o kształcie litery „V”, stado zwiększa możliwość lotu o przynajmniej 71% w porównaniu z tym, gdyby gęś leciała sama. Gdy gęś na czele się zmęczy, zamienia się miejscami z inną, która przejmuje jej rolę wiodącą.
Posiadając wspólny cel i poczucie jedności możemy się dostać szybciej i łatwiej tam, dokąd zmierzamy, ponieważ korzystamy z „pędu” danego nam przez innych. Gdy wykonujemy trudne, obciążające zadania, warto z innymi się zamieniać– sobie umożliwiając wypoczynek, a innym dając okazję przewodzić. Gdybyśmy mieli tyle zdrowego rozsądku co gęsi, też byśmy się wspierali nawzajem.
Za: Dr Harry Clarke Noye
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metafory i przypowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metafory i przypowieści. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 marca 2012
wtorek, 21 lutego 2012
Zaufanie
Pewien ateista spadł ze skały. Zsuwając się w dół, złapał gałąź małego drzewka. I zawisł tak, pomiędzy niebem nad sobą i skałami tysiąc stóp niżej, wiedząc, że długo tak nie wytrzyma.
Wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. " Boże", wykrzyknął z całej siły.
Cisza. Nikt nie odpowiedział.
" Boże", krzyknął znowu. " Jeżeli istniejesz, ocal mnie, a obiecuję, że będę w Ciebie wierzył i innych uczył wiary".
Znowu cisza. Wtem omal nie puścił gałęzi, słysząc potężny glos, rozbrzmiewający echem w wąwozie: " Wszyscy mówią to samo, gdy tylko potrzebują pomocy".
" Nie, Panie, nie", wykrzyknął człowiek z iskierką nadziei. "Nie jestem taki, jak inni. Czy nie widzisz, że już zacząłem wierzyć, słysząc twój głos mówiący do mnie. Ocal mnie tylko, a ja będę głosił Twe imię po wszystkich krańcach Ziemi".
" Dobrze:, rzekł głos. " Ocalę cię. Puść gałąź".
" Puść gałąź?" zawołał oszalały człowiek. "Czy myślisz, że zwariowałem?".
Wtedy przyszedł mu do głowy pomysł. " Boże", wykrzyknął z całej siły.
Cisza. Nikt nie odpowiedział.
" Boże", krzyknął znowu. " Jeżeli istniejesz, ocal mnie, a obiecuję, że będę w Ciebie wierzył i innych uczył wiary".
Znowu cisza. Wtem omal nie puścił gałęzi, słysząc potężny glos, rozbrzmiewający echem w wąwozie: " Wszyscy mówią to samo, gdy tylko potrzebują pomocy".
" Nie, Panie, nie", wykrzyknął człowiek z iskierką nadziei. "Nie jestem taki, jak inni. Czy nie widzisz, że już zacząłem wierzyć, słysząc twój głos mówiący do mnie. Ocal mnie tylko, a ja będę głosił Twe imię po wszystkich krańcach Ziemi".
" Dobrze:, rzekł głos. " Ocalę cię. Puść gałąź".
" Puść gałąź?" zawołał oszalały człowiek. "Czy myślisz, że zwariowałem?".
Anthony de Mello
wtorek, 14 lutego 2012
Orzeł
Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi.
Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami i fruwać kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty?
Minęły lata i orzeł zestarzał się.
Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął elegancko i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami. Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony.
- Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok.
- To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym, ty i ja jesteśmy inni niż on.
Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł, wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.
Źródło: Anthony de Mello “Śpiew ptaka”
Etykiety:
Anthony de Mello,
metafory i przypowieści,
rozwój osobisty
wtorek, 31 stycznia 2012
Bądź wszystkim czym chcesz być! (nawet w wieku 87 lat...)
![]() |
| fot. Agnieszka Stabińska |
Pierwszego dnia
zajęć w mojej nowej szkole profesor przedstawił się i powiedział, byśmy
rozejrzeli się po sali i odważyli się poznać kogoś, kogo zupełnie nie
znamy. Stałem pośrodku sali i rozglądałem się, kiedy nagle na ramieniu
poczułem delikatny dotyk ręki. odwróciłem się i zobaczyłem przed sobą
pomarszczoną staruszkę, która uśmiechała się tak wspaniale, jakby miała w
sobie wewnętrzne światło. powiedziała: "Cześć przystojniaku. Mam na imię
Rose. Mam osiemdziesiąt siedem lat. Czy mogę Cię objąć?".
Roześmiałem
się i odpowiedziałem z entuzjazmem: "Oczywiście, że możesz", i wtedy
ona lekko mnie uścisnęła. 'Czemu poszłaś do college'u w tak młodym
wieku?" - spytałem. Ona żartobliwie odpowiedziała "Jestem tu po to, by
poznać miłego, bogatego faceta, wziąć ślub, mieć z nim kilkoro dzieci, a
potem przejść na emeryturę i podróżować".
"A
tak naprawdę?" - zapytałem. Byłem ciekaw, co ją zmotywowało do podjęcia
takiego wyzwania w jej wieku. "Zawsze marzyłam o tym, by zdobyć
wykształcenie, i teraz mam szansę" - powiedziała. Po zajęciach
przespacerowaliśmy się w kierunku budynku samorządu studenckiego,
popijając po drodze koktajl czekoladowy. od razu zostaliśmy
przyjaciółmi. Przez trzy miesiące codziennie razem wychodziliśmy z zajęć
i bez przerwy rozmawialiśmy. Zawsze byłem zachwycony, kiedy mogłem
posłuchać, jak dzieliła się ze mną swoją mądrością i doświadczeniem.
Pod
koniec semestru Rose była już gwiazdą całego kampusu i wszędzie
nawiązywała nowe przyjaźnie. Uwielbiała się stroić i lubiła wzbudzać
zainteresowanie wśród studentów. Żyła pełnią.
Pod
koniec semestru poprosiliśmy Rose, aby wygłosiła mowę podczas
oficjalnego bankietu naszej drużyny futbolowej. Nigdy nie zapomnę, czego
nas wtedy nauczyła. Przedstawiono ją i weszła na podium. Kiedy
rozpoczęła przygotowaną wcześniej przemowę, upuściła trzy z pięciu kartek
z notatkami na ziemię. Sfrustrowana i trochę zakłopotana, pochyliła się w
kierunku mikrofonu i powiedziała: "Przepraszam, jestem taka
roztrzęsiona. Swoje piwo oddałam Lentowi, a whisky najwyraźniej mi nie
służy. Raczej nie uda mi się z powrotem poskładać swojego przemówienia,
więc może po prostu powiem Wam coś, co wiem".
Kiedy
się roześmialiśmy, ona odchrząknęła i zaczęła mówić. "Nie przestajemy
się bawić, ponieważ jesteśmy starzy, Starzejemy się, ponieważ
przestajemy się bawić. Są tylko cztery sekrety młodości, szczęścia i
sukcesu:
1. Musicie się śmiać i mieć poczucie humoru każdego dnia.
2.
Musicie mieć marzenia. Kiedy je tracicie, umieracie. Jest tylu ludzi,
którzy chodzą po świecie bez marzeń, ludzi, którzy już są martwi i nawet o
tym nie wiedzą.
3. Jest
potężna różnica między starzeniem się a dojrzewaniem. Jeśli masz
dziewiętnaście lat i cały rok przeleżysz w łóżku, nie robiąc nic
sensownego, to postarzejesz się o rok i skończysz dwadzieścia lat. Ja
mam osiemdziesiąt siedem lat i jeśli przeleżę w łóżku rok, nic nie
robiąc, to też postarzeję się o rok. Każdy może się postarzeć. Nie
wymaga to szczególnego talentu czy umiejętności. Chodzi jednak o to, by
dojrzewać, znajdując w każdym wyzwaniu nowe możliwości.
4.
Niczego nie żałuj. Osoby w starszym wieku częściej żałują tego, że
czegoś nie spróbowały, niż tego, że czegoś spróbowały. Jedynymi ludźmi,
którzy boją się śmierci, są ci, którzy wielu rzeczy żałują".
Rose
skończyła swoją przemowę, odważnie śpiewając utwór The Rose. Każdego z
nas poprosiła o uważne wysłuchanie słów piosenki i wprowadzenie ich w
życie. Piosenka kończy się tak:
"Pamiętaj, że nawet zimą pod grubą warstwą śniegu
Czeka na ciebie nasionko, które dzięki miłości słońca wiosną wyrośnie na piękną różę".
W
tym samym roku Rose skończyła college. Tydzień po rozdaniu dyplomów
zmarła we śnie. Na pogrzebie pojawiło się ponad dwa tysiące studentów,
pragnących w ten sposób złożyć hołd tej wspaniałej kobiecie, która na
własnym przykładzie udowodniła, że nigdy nie jest zbyt późno, by stać
się tym, kim chce się być.
Źródło: Krumboltz, Levin "Szczęście to nie przypadek"
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Po prostu najlepszy
Ktoś podsłuchał kiedyś, jak mały chlopiec, przechodząc przez podwórko, przekonywał głośno sam siebie, że jest najlepszym baseballistą . Na głowie miał baseballową czapkę, a w rękach piłkę i bijak.
- Jestem największym baseballistą na świecie - powiedział dumnie.
Podrzucił piłeczkę, przymierzył się, by uderzyć, lecz nie trafił...
Niezrażony, podniósł piłeczkę, rzucił ją wysoko w powietrze i zawołał:
- Jestem najlepszym baseballistą w ogóle!
Zamierzył się kijem ponownie i znów chybił.
Przez chwilę dokładnie przyglądał się bijakowi i piłeczce. W końcu jeszcze raz posłał ją w powietrze i zawołał:
- Jestem największym baseballistą jaki kiedykolwiek istniał!
Przyłożył z całej siły kijem i... znowu nie trafił w piłkę.
- O rety! - wykrzyknął - Co za miotacz!
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Dwaj mnisi
Dwóch pielgrzymujących mnichów dotarło do brodu rzeki. Ujrzeli tam młodą kobietę, pieknie ubraną, która najwyraźniej nie wiedziała, co począć. Chciała bowiem przejść na drugą stronę rzeki, lecz woda w rzece była na tyle wysoka, że obawiała się zniszczyć swój strój. Jeden z mnichów bez wielkich ceregieli wziął ją na plecy i przeniósł przez rzekę na drugi brzeg.
Mnisi ruszyli w dalszą drogę. Drugi z mnichów po długich przemyśleniach zaczął narzekać:
- Bracie, przecież nie należy dotykać kobiety, to niezgodne z naszymi zasadami. Jak mogłeś postąpić wbrew regule?
Mnich, który przeniósł młodą kobietę przez potok, milczał przez chwilę.
- Ja pozostawiłem ją nad rzeką jakąś godzinę temu - odezwał się w końcu - czemu ty wciąż ją ze sobą niesiesz?
źródło: Irmgard Schloegl "The Wisdom of Zen Masters"
piątek, 4 listopada 2011
Bajka o uczuciach
Dawno, dawno temu na oceanie istniała wyspa, którą zamieszkiwały emocje, uczucia oraz ludzkie cechy, takie jak: Dobry Humor, Smutek, Mądrość, Duma; a wszystkich razem łączyła Miłość.
Pewnego dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się, że niedługo wyspa zatonie. Przygotowali swoje statki do wypłynięcia w morze, aby na zawsze opuścić wyspę. Tylko Miłość postanowiła poczekać do ostatniej chwili. Gdy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, Miłość poprosiła o pomoc.
Pierwsze podpłynęło Bogactwo na swoim luksusowym jachcie.
Miłość zapytała:
- Bogactwo, czy możesz mnie uratować?
- Niestety nie. Pokład mam pełen złota, srebra i innych kosztowności. Nie ma tam już miejsca dla ciebie - odpowiedziało Bogactwo.
Jako druga podpłynęła swoim ogromnym czteromasztowcem Duma.
- Dumo, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Niestety nie mogę cię wziąć! Na moim statku wszystko jest już uporządkowane, a ty mogłabyś mi to popsuć... - odpowiedziała Duma i z dumą podniosła piękne żagle i odpłynęła.
Na zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.
- Smutku, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Och, Miłość, ja jestem tak strasznie smutny, że chcę pozostać sam - odrzekł Smutek i smutnie powiosłował w dal.
Dobry Humor przepłynął obok Miłości, nie zauważając jej, bo był tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc.
Wydawało się, że Miłość zginie na zawsze w głębinach oceanu...
Nagle Miłość usłyszała:
- Chodź! Zabiorę cię ze sobą! - powiedział nieznajomy starzec. Miłość była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie życia, że zapomniała zapytać, kim jest jej wybawca.
Miłość bardzo chciała się dowiedzieć, kim jest ten tajemniczy starzec. Zwróciła się o poradę do Wiedzy.
- Powiedz mi, proszę, kto mnie uratował.
- To był Czas - odpowiedziała Wiedza.
- Czas? - zdziwiła się Miłość. - Dlaczego Czas mi pomógł?
- Tylko Czas rozumie, jak ważnym uczuciem w życiu każdego człowieka jest Miłość - odrzekła Wiedza.
Pewnego dnia mieszkańcy wyspy dowiedzieli się, że niedługo wyspa zatonie. Przygotowali swoje statki do wypłynięcia w morze, aby na zawsze opuścić wyspę. Tylko Miłość postanowiła poczekać do ostatniej chwili. Gdy pozostał jedynie maleńki skrawek lądu, Miłość poprosiła o pomoc.
Pierwsze podpłynęło Bogactwo na swoim luksusowym jachcie.
Miłość zapytała:
- Bogactwo, czy możesz mnie uratować?
- Niestety nie. Pokład mam pełen złota, srebra i innych kosztowności. Nie ma tam już miejsca dla ciebie - odpowiedziało Bogactwo.
Jako druga podpłynęła swoim ogromnym czteromasztowcem Duma.
- Dumo, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Niestety nie mogę cię wziąć! Na moim statku wszystko jest już uporządkowane, a ty mogłabyś mi to popsuć... - odpowiedziała Duma i z dumą podniosła piękne żagle i odpłynęła.
Na zbutwiałej łódce podpłynął Smutek.
- Smutku, zabierz mnie ze sobą! - poprosiła Miłość.
- Och, Miłość, ja jestem tak strasznie smutny, że chcę pozostać sam - odrzekł Smutek i smutnie powiosłował w dal.
Dobry Humor przepłynął obok Miłości, nie zauważając jej, bo był tak rozbawiony, że nie usłyszał nawet wołania o pomoc.
Wydawało się, że Miłość zginie na zawsze w głębinach oceanu...
Nagle Miłość usłyszała:
- Chodź! Zabiorę cię ze sobą! - powiedział nieznajomy starzec. Miłość była tak szczęśliwa i wdzięczna za uratowanie życia, że zapomniała zapytać, kim jest jej wybawca.
Miłość bardzo chciała się dowiedzieć, kim jest ten tajemniczy starzec. Zwróciła się o poradę do Wiedzy.
- Powiedz mi, proszę, kto mnie uratował.
- To był Czas - odpowiedziała Wiedza.
- Czas? - zdziwiła się Miłość. - Dlaczego Czas mi pomógł?
- Tylko Czas rozumie, jak ważnym uczuciem w życiu każdego człowieka jest Miłość - odrzekła Wiedza.
poniedziałek, 24 października 2011
Motyl i walka
Pewnego dnia na leśnej polanie mały niebieski motylek zaczął wykluwać się z kokonu; mężczyzna, który akurat tamtędy przechodził, usiadł i przyglądał się, jak motyl przeciska swoje ciało przez ten malutki otwór. I wtedy motylek zaprzestał walki o swoją wolność, zatrzymał się. Tak jakby zaszedł tak daleko, jak mógł i dalej już nie miał sił. Więc mężczyzna postanowił mu pomóc: wziął nożyczki i rozciął kokon. Dzięki temu motyl zrzucił go bez problemu. Miał za to wątłe ciało i bardzo pomarszczone skrzydła.
Mężczyzna kontynuował obserwację. Spodziewał się, że za chwilę motyle skrzydła zaczną grubieć, powiększać się, dzięki czemu motyl będzie mógł fruwać po łąkach pełnych kwiatów. Jednak tak się nie stało! Motyl spędził resztę życia, czołgając się po ziemi z mizernym ciałem i pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać. Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie przypuszczał, że swoją pomocą może mu zaszkodzić. Walka motyla z kokonem była bodźcem dla jego skrzydeł, dzięki któremu był w stanie pokonać opór i zacząć latać.
Czasem walka z przeciwnościami jest nam w życiu potrzebna, abyśmy mogli wzmocnić się na różne trudy życia. Bez problemów nie bylibyśmy tak silni, jakbyśmy mogli. Nie bylibyśmy zdolni do latania.
Mężczyzna kontynuował obserwację. Spodziewał się, że za chwilę motyle skrzydła zaczną grubieć, powiększać się, dzięki czemu motyl będzie mógł fruwać po łąkach pełnych kwiatów. Jednak tak się nie stało! Motyl spędził resztę życia, czołgając się po ziemi z mizernym ciałem i pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać. Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie przypuszczał, że swoją pomocą może mu zaszkodzić. Walka motyla z kokonem była bodźcem dla jego skrzydeł, dzięki któremu był w stanie pokonać opór i zacząć latać.
Czasem walka z przeciwnościami jest nam w życiu potrzebna, abyśmy mogli wzmocnić się na różne trudy życia. Bez problemów nie bylibyśmy tak silni, jakbyśmy mogli. Nie bylibyśmy zdolni do latania.
poniedziałek, 17 października 2011
Cztery świece
Cztery świece, płonąc, spalały się powoli. Wokół panowała taka cisza, że można było usłyszeć jak szeptem ze sobą rozmawiają.
Pierwsza mówiła:
"Ja symbolizuję Pokój, ale ludzie nie potrafią sprawić by zapanował pokój: właściwie myślę, że nie pozostaje mi nic innego do zrobienia jak zgasnąć!" Tak też uczyniła. Powolutku, spokojnie świeca zgasła zupełnie.
Druga powiedziała:
"Ja jestem Wiarą - niestety jestem całkowicie bezużyteczna. Ludzie nie chcą wiedzieć o mnie i dlatego nie ma sensu bym pozostawała zapalona." Ledwie skończyła mówić, delikatny wietrzyk powiał i zgasił świecę.
Bardzo smutnym głosem trzecia świeca dodała:
"Ja jestem Miłość. Nie mam już dłużej siły, by płonąć. Ludzie nie doceniają mnie i nie rozumieją, jak jestem ważna w ich życiu. Co gorsza - oni nienawidzą tych, którzy ich najbardziej kochają, nie potrafią docenić wartości uczuć własnej rodziny." I bez czekania na inne, świeca zgasła.
W tym momencie... do pokoju weszło małe dziecko i zobaczyło trzy zgaszone świece. Przelęknione prawie całkowitą ciemnością, krzyknęło: "Co robicie!!! Musicie pozostać zapalone, boję się ciemności!!!" i wybuchło płaczem.
Na to czwarta świeca z zatroskaniem odezwała się:
"Nie bój się, nie płacz. Dopóki ja jestem zapalona, możemy zawsze na nowo rozpalić trzy pozostałe świece: Ja jestem Nadzieja". Z oczami błyszczącymi i spuchniętymi od łez, dziecko wzięło świecę symbolizującą nadzieję i zapaliło trzy zgaszone świece.
Pierwsza mówiła:
"Ja symbolizuję Pokój, ale ludzie nie potrafią sprawić by zapanował pokój: właściwie myślę, że nie pozostaje mi nic innego do zrobienia jak zgasnąć!" Tak też uczyniła. Powolutku, spokojnie świeca zgasła zupełnie.
Druga powiedziała:
"Ja jestem Wiarą - niestety jestem całkowicie bezużyteczna. Ludzie nie chcą wiedzieć o mnie i dlatego nie ma sensu bym pozostawała zapalona." Ledwie skończyła mówić, delikatny wietrzyk powiał i zgasił świecę.
Bardzo smutnym głosem trzecia świeca dodała:
"Ja jestem Miłość. Nie mam już dłużej siły, by płonąć. Ludzie nie doceniają mnie i nie rozumieją, jak jestem ważna w ich życiu. Co gorsza - oni nienawidzą tych, którzy ich najbardziej kochają, nie potrafią docenić wartości uczuć własnej rodziny." I bez czekania na inne, świeca zgasła.
W tym momencie... do pokoju weszło małe dziecko i zobaczyło trzy zgaszone świece. Przelęknione prawie całkowitą ciemnością, krzyknęło: "Co robicie!!! Musicie pozostać zapalone, boję się ciemności!!!" i wybuchło płaczem.
Na to czwarta świeca z zatroskaniem odezwała się:
"Nie bój się, nie płacz. Dopóki ja jestem zapalona, możemy zawsze na nowo rozpalić trzy pozostałe świece: Ja jestem Nadzieja". Z oczami błyszczącymi i spuchniętymi od łez, dziecko wzięło świecę symbolizującą nadzieję i zapaliło trzy zgaszone świece.
A więc zróbmy wszystko, aby nigdy nie zgasła w naszych sercach Nadzieja...
I byśmy, tak jak to dziecko, w każdym momencie potrafili rozpalić na nowo naszą Wiarę, Pokój i Miłość!
piątek, 7 października 2011
Ojciec, syn i... osioł
"Pewnego dnia ojciec z synem wybrali się na targ do miasta. Ojciec wsiadł na osła, a syn szedł obok niego. Szli przez pustynię. Gdy weszli do miasta, słyszeli, jak ludzie mówili: Patrzcie, jaki ojciec! Syn idzie, a on jedzie sobie na ośle. Ojciec zsiadł z osła i na osła wsiadł syn. I wtedy słyszeli, jak inni ludzie mówili: Patrzcie, jaki syn! Ojciec idzie, a on jedzie sobie na ośle. Wtedy syn zsiadł z osła i prowadził go za sobą. I zobaczyli to inni ludzie i powiedzieli : Patrzcie, jacy głupcy! Mają osła i nie jadą na nim, tylko go prowadzą za sobą. Wtedy ojciec z synem wzięli osła i zaczęli go nieść. Zobaczyli to inni ludzie i powiedzieli: Patrzcie, jacy głupcy! Mają osła i nie jadą na nim, tylko go niosą. Ojciec z synem postawili osła na ziemi, po czym wsiedli na niego razem i ruszyli. Zobaczyli to obrońcy praw zwierząt i i powiedzieli: Co za głupcy! W dwóch jadą na ośle. Zamęczą osła. Trzeba coś zrobić, żeby pomóc temu biednemu zwierzęciu."
I gdybym chciał się przypodobać wszystkim ludziom, to bym chyba zwariował...
źródło: Paulo Coelho "Alchemik"
niedziela, 18 września 2011
Wszystko jest w Twoich rękach
Dawno, dawno temu, w pewnym mieście, żył sobie wielki mędrzec. Sława o jego mądrości rozniosła się daleko po całym świecie i wkrótce zewsząd zaczęto przychodzić do niego po rady.
W tym samym mieście żył również człowiek, który bardzo zazdrościł mędrcowi sławy i wiele czasu strawił na to, by wymyślić pytanie, na które mędrzec nie mógłby dać odpowiedzi.
Pewnego razu poszedł on na łąkę, złapał motyla i gdy włożył go między dłonie, nagle olśniła go myśl:
„Pójdę do mędrca i powiem mu: powiedz o najmędrszy z najmądrzejszych, jakiego motyla trzymam w rękach – żywego czy martwego?”
Jeżeli powie, że martwego, rozchylę dłonie i motyl odfrunie, a jeśli powie, że żywego, to mocno ścisnę dłonie i motyl umrze. Wtedy wszyscy zrozumieją, kto z nas jest mądrzejszy.
„Pójdę do mędrca i powiem mu: powiedz o najmędrszy z najmądrzejszych, jakiego motyla trzymam w rękach – żywego czy martwego?”
Jeżeli powie, że martwego, rozchylę dłonie i motyl odfrunie, a jeśli powie, że żywego, to mocno ścisnę dłonie i motyl umrze. Wtedy wszyscy zrozumieją, kto z nas jest mądrzejszy.
Jak zawistnik wymyślił, tak też zrobił. Poszedł do miasta i powiedział mędrcowi:
„Powiedz o najmądrzejszy z najmądrzejszych, jakiego motyla trzymam w rękach - żywego czy martwego?”
Wtedy mędrzec, który był naprawdę najmądrzejszy z najmędrszych, uważnie popatrzył na stojącego przed nim człowieka i powiedział: „Wszystko jest w twoich rękach… ”
„Powiedz o najmądrzejszy z najmądrzejszych, jakiego motyla trzymam w rękach - żywego czy martwego?”
Wtedy mędrzec, który był naprawdę najmądrzejszy z najmędrszych, uważnie popatrzył na stojącego przed nim człowieka i powiedział: „Wszystko jest w twoich rękach… ”
sobota, 5 marca 2011
Mojsze i dobermany
- Panie hrabio, ile koni tym razem będziemy kupowali – pyta wezwany pilnie do dworu Żyd.
- Tym razem Mojsze nie potrzebuję koni, żona chce koniecznie dwa dobermany.
- Oj panie hrabio! To będzie strasznie drogo! – odpowiada handlarz.
- Dlaczego, gdzie jest problem?
- Panie hrabio! Doberman! Ba, dwa dobermany! To jest pięć, co ja mówię – dziesięć razy trudniejsze niż znaleźć dobry koń.
- To nie znajdziesz?
- Panie hrabio – Mojsze na głowie stanie, ale dla szanownej pani hrabiny te dobermany spod ziemi wyciągnie. Ale to będzie kosztowało 500 zł.
- Czyś ty oszalał Mojsze, za dwa dobermany 500 zł?
- Za jednego panie hrabio, za jednego. To jest strasznie trudna sprawa znaleźć doberman.
- No dobrze, tylko mają być zdrowe!
- Będą panie hrabio, będą, pan zna Mojsze.
Po powrocie do domu Mojsze pyta żony:
- Sara, ty możesz się jakoś dowiedzieć co to takiego jest DOBERMAN?
- Tym razem Mojsze nie potrzebuję koni, żona chce koniecznie dwa dobermany.
- Oj panie hrabio! To będzie strasznie drogo! – odpowiada handlarz.
- Dlaczego, gdzie jest problem?
- Panie hrabio! Doberman! Ba, dwa dobermany! To jest pięć, co ja mówię – dziesięć razy trudniejsze niż znaleźć dobry koń.
- To nie znajdziesz?
- Panie hrabio – Mojsze na głowie stanie, ale dla szanownej pani hrabiny te dobermany spod ziemi wyciągnie. Ale to będzie kosztowało 500 zł.
- Czyś ty oszalał Mojsze, za dwa dobermany 500 zł?
- Za jednego panie hrabio, za jednego. To jest strasznie trudna sprawa znaleźć doberman.
- No dobrze, tylko mają być zdrowe!
- Będą panie hrabio, będą, pan zna Mojsze.
Po powrocie do domu Mojsze pyta żony:
- Sara, ty możesz się jakoś dowiedzieć co to takiego jest DOBERMAN?
poniedziałek, 28 lutego 2011
Bajka o Ciepłym i Puchatym
W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców rozdawał innym coś, czego coraz bardziej przybywało. Wszyscy swobodnie obdarowywali się Ciepłym i Puchatym, wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.
Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym. Nikt tam nie chorował i nie umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.
Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy, i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate, gdzie kto mógł. Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać.
Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to – wprawdzie nie najlepszy – ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.
I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować- bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci! Brały, cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów, jak dawniej zaczęły rozdawać.
Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od Ciebie.
źródło: Anna Dodziuk - "Pokochać siebie", Wydawnictwo INTRA, Warszawa 1993
Życzę wszystkim wielu źródeł ciepła!
Jeszcze nie wiemy, czym się skończy ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od Ciebie.
źródło: Anna Dodziuk - "Pokochać siebie", Wydawnictwo INTRA, Warszawa 1993
Życzę wszystkim wielu źródeł ciepła!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












